niedziela, 11 września 2016

Tigra 1,4 o głosie V8

   Z bólem serca pożegnaliśmy czerwoną Micrę. Pojechała do znajomego. Czyli nie mam już znajomego. Jego numer dodałem do blokowanych w telefonie... oczywiście na wypadek, gdyby chciał mi podziękować za ten wspaniały pojazd ...
   Miało być o Tigrze z dziurą w masce. Będzie, ale krótko, bo w międzyczasie Opel zdążył się sprzedać i już o nim zapomniałem. Tigra Opel jest samochodem, który mimo upływu lat nie zestarzał się aż tak bardzo. Jego nadwozie, obiektywnie można stwierdzić, jest dosyć ładne. I tu koniec "autoświatowego" bełkotu. W historii miałem do czynienia z wieloma Tigrami. Ostatnią kupiłem praktycznie bez oglądania. Stała w ciemnym garażu z podniesioną maską. Właściciel mi o niej (Tigrze, nie masce) opowiadał, a ja posłuchałem, przytaknąłem i kupiłem. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zamknięciu klapy oczom mym ukazał się ten piękny ... OTWÓR.


   W jakim celu "konstruktor" wyciął kawał maski, pozaginał to, pospawał i wyszpachlował, a na końcu umieścił siatkę zapobiegającą wpadaniu pod maskę kur podczas szybkiego przelotu przez wioskę?
   No właśnie! Każdy powie, że bez celu, że wlot zapewne kieruje powietrze na obudowę rozrządu, albo na pokrywę zaworów po to, by błoto spod kół ciężarówek zachlapało cały zlany olejem silnik i zamaskowało wszelkie wycieki itp. Otóż tak nie jest... Domorosły tjuner skierował ten przepiękny otwór w stronę osadzonego na kolanku z rury kanalizacyjnej filtra stożkowego. Cel? To proste - by strumień rozpędzonego tlenu wpadał szybko i w dużych ilościach do komory spalania. Chyba jasne.
   A teraz najśmieszniejsze - efekt jaki to dało, o dziwo, był bardzo ciekawy. Samochód w trakcie przyspieszania brzmiał jak rasowe V8. Piszę na serio! Tak było. Wiem, bo miałem V8 i osiwiałem przy nim.
   Miałem się śmiać z tego auta, bo jak nie wyśmiać np. krzywo uspawanego bad looka (czy jak się to tam nazywa)? Połać blachy zakrywała z prawej strony żarówkę światła postojowego (oczywiście LED) w tuningowym reflektorze typu klir endżel ajs leksus luk. Z lewej żarówka była widoczna. Spawacz machnął się w obliczeniach... Jak się nie śmiać z wlewu paliwa rąbniętego z wahadłowca kosmicznego, z tylnych lamp endżel leksus klir luk ajs?

  A teraz serio - kiedy kupowałem tę Tigrę, nie chciało mi się nawet pod nią schylić, by zobaczyć podłogę. Właściciel zapewniał, że jest zdrowa, a ja mu chyba uwierzyłem. Albo zapomniałem sprawdzić. W ogłoszeniu OCZYWIŚCIE napisałem, że "ani grama rdzy, nic nie puka, nie kopci, nie bierze oleju, pracuje jak nowa, wygląda jak nowa"  i tak właściwie, to że jestem idiotą, bo chcę za fabrycznie nową Tigrę tylko trzy tysiące polskich nowych (czyli już starych) złotych.
   W odpowiedzi na ogłoszenie zadzwoniło kilku idiotów, którzy zjebali mnie, że chcę tak dużo za starego złoma i że "po tysiąć pińcet już chodzom takie Tigry". Jestem odporny na kretynów, więc któremuś tam zadałem pytanie, czy mu kaszka na śniadanie smakowała, innego zapytałem, czy w końcu udało mu się zdobyć abonament bez limitu i do wszystkich ogłaszających samochody tak napier^ala bez sensu, ale później (jak zawsze) stwierdziłem, że to i tak nie dociera do słuchacza, więc nie mówiłem już nic.
   W końcu zadzwoniła pani, która chciała się umówić na SKP by sprawdzić auto. Zapewniałem w ogłoszeniu, że nie jest zgnite, ale ona się nie znała i chciała  zweryfikować stan. Pełen obaw pojechałem na stację kontroli pojazdów. Byłoby trochę źle, gdyby taka igła się od spodu jednak rozkładała. 
   Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Opel ma podwozie tak zdrowe, jakby dopiero z fabryki wyjechał. Smutek mnie ogarnął i pomyślałem sobie, tak po polsku, że można było za to cudo krzyczeć o tysiąc więcej...

Galeria Tigry 1.4 V8 na naszej stronie Skup Aut

   A tutaj inna Tigra, którą kupiłem kiedyś od znajomej. Auto było w stanie mocno zmęczonym. Spędziłem wiele godzin doprowadzając całość, a przede wszystkim skórę do stanu przynajmniej ładnego. To jedno z takich aut, przy których jestem dumny z efektu swojej pracy. Poniżej zdjęcia foteli po zakupie. Nie mam zdjęć samego auta w stanie brzydkim, ale fotele odzwierciedlają doskonale całość.





 Poniżej kilka zdjęć zrobionych w trakcie pracy nad tym dziadem






A teraz najlepsze - efekt prac. Zobaczcie, bo chyba to w miarę wyszło ;-)

Klikać tutaj w galerię  >>>  Skup Aut


To by było na dzisiaj tyle. Idę spać. Niebawem ukaże się coś znowu. Aż mnie korci, żeby napisać o fiaciorzach... To podstępne, paskudne typy. Zastanowię się ;-)



niedziela, 14 sierpnia 2016

Przegląd gratów do 4 tys. Micra z dziurą w dachu i Tigra z dziurą w masce. Część 1. K11

Dzień dobry,
zapewne ktoś pomyśli, że skoro pojawia się kolejny tekst, zapowiada się jakaś cykliczność. Nic bardziej mylnego. Najprawdopodobniej po kilku wpisach zamilknę znowu na jakieś lata. Chciałem powiedzieć, że ten blog żyje sobie swoim własnym życiem. To znaczy, nie piszę ciągle ponieważ uważam, że lanie wody w kółko na ten sam temat, po jakimś czasie staje się nudne. To co tu publikuję nudne było już po piątym wpisie, ale jakoś ciągle są wejścia na bloga, czasem nawet, o dziwo, bardzo dużo. Wnioskuję, że lubicie być nudzeni.
   Skoro zazwyczaj pisałem o złomach, dzisiaj będzie o nich również.

To jeden z moich ulubionych złomów. Jest mały, pocieszny, dosyć przyjemnie się go prowadzi, zazwyczaj gnije na potęgę. O jednym z nich pisałem tutaj. Tym razem w Katowicach udało nam się kupić czerwoną zarazę po lifcie, z dziurą w dachu.



   Micra stała sobie w Katowicach, w miejscu z którego można już nie wrócić w jednym kawałku.  Było ciemno. Wokół słychać było tylko bełkot i krzyki pijanych mieszkańców dobiegające z otwartych okien familoków. Mijający nas właśnie chwiejnym krokiem miły młody, bezwłosy człowiek zapytał kulturalnie, czy "chcemy wpie..e..e..erdol". Nie chcieliśmy, więc wiatr pognał go dalej do bajkowego pisuaru, który zamontowany był na drzwiach zaparkowanego nieopodal Lanosa. Po zakończeniu czynności fizjologicznych westchnął donośnie i podpierając się ręką najprawdopodobniej zaczął poszukiwania spłuczki (wspomniałem wcześniej, że był dobrze wychowany). W końcu zreflektował się jednak, że w WC-Lanos jest fotokomórka (woda więc spuści się sama) i pożeglował dalej miotany falami i wiatrem po całej szerokości chodnika.
  Po tej krótkiej przerwie, przeznaczonej na obserwację otoczenia i integrację środowiskową, czekając na przyjście właścicielki zaczęliśmy świecić latarkami i oglądać Micrę. Okazało się, że jest całkiem OK i nawet ma podłogę całą (rzadkość). Z okna na parterze wychylił się jakiś tubylec i zaczął nam (równie płynną mową, jak przechodzący przed chwilą opryskiwacz Lanosów) proponować sprzedaż Escorta w gazie.
   Na szczęście nadeszła w końcu właścicielka naszego czerwonego pudełka. Bardzo miła młoda kobieta, którą przygnało tu aż ze stolicy Bieszczad (wg KSU). Na początku patrzyła na nas z lekka dziwnie i podejrzliwie. Dopiero po chwili zrozumiała, że:

1. Nie chcemy jej pobić
2. Cała transakcja NIE będzie przebiegała w atmosferze powagi i smutku
3. To nie my nasikaliśmy na chodnik
4. Najprawdopodobniej wyniesiemy jej gruz z piwnicy

   Tak więc po dwudziestominutowej, zabawnej pogawędce przy samochodzie, ustaliliśmy cenę i usłyszeliśmy, że alufelgi z oponami letnimi znajdują się w piwnicy. Jeśli je chcemy, musimy się do nich dokopać. Ona nie ma zamiaru nawet patrzeć na to co tam jest. Kilka miesięcy temu remontowała mieszkanie, a nie mając gdzie wywieźć gruzu i starych mebli, wrzuciła to wszystko do owej piwnicy. Oczywiście nasze koła były tam zanim zagościła cała reszta, więc jak łatwo się domyślić, by do nich dotrzeć trzeba je było odkopać. To oczywiście wiązało się z wyniesieniem tony gruzu i śmieci, kilku szafek, kanapy, czyli z wybrudzeniem naszych wyjściowych, niedzielnych dresów i mokasynów. Fedrując gruz mogliśmy poczuć się jak prawdziwi górnicy - ciasna piwnica z cegły, słabe światło, pył i brud. Trudy jednak zostały nagrodzone i dotarliśmy do kół. Potem zostało już tylko przenieść ten gruz na wskazane przez właścicielkę miejsce (przecież bez sensu wkładać go do tej samej ciasnej komórki), zatargać cztery trzynastki do auta, palić grata i gnać z powrotem.
   Co udało się nam kupić ryzykując dostanie wpierdolu od autochtonów?

Cała galeria znajduje się na naszej stronie Skup Aut

Klikajcie w link powyżej - zobaczycie. Myślę, że warto było zaryzykować i odgruzować katowickie podziemia. Fajne auto. Do dopracowania parę drobiazgów, ale frajda z jazdy jest. Moja córka chce jeździć tylko "czerwonym z otwartym dachem", niczym innym. Deszcz nie przeszkadza - przecież, jak twierdzi Maria, można rozłożyć parasol ;-)

P. S. O Tigrze w następnym wpisie.


Informacja techniczna
 
Wiem, że są problemy z wyświetlaniem galerii na komórkach. Nie wiem czemu, bo u mnie na Eriksonie T28 śmiga, aż miło.
Tak serio (co to znaczy?) - nasz dział techniczny (ha ha ha) rozwiąże ten problem zaraz jak tylko zje rosół i kotleta z kapustą zasmażaną. Winą obarcza co prawda dział testów, ale rozpatrując to w kategoriach 0-1, ktoś dał d*py i Czytelnik na smartfonie g@wno widzi. Za zaistniałe niedogodności serdecznie przepraszamy,  obiecujemy niezwłocznie zająć się sprawą.


 
  


niedziela, 7 sierpnia 2016

Krótki wpis o Skodzie, której dali radę.

   Jakiś czas temu skontaktował się ze mną właściciel pewnej Skody F. Pan posiadał to auto od czterystu lat, wiedział o nim wszystko, znał jego wartość, nigdy go nie zawiodła i inne tego typu pierdoły. Jeśli chodzi o wady, nie było źle. Nie działało wspomaganie. Kierownicy, oczywiście. Miałem do przebycia kilkadziesiąt kilometrów, więc wypytałem właściciela dokładnie o stan auta. Wszystko brzmiało obiecująco.
   Fakt, że to cholerne wspomaganie elektryczno-hydrauliczne może nie być tanie w naprawie, ale warto zaryzykować (zawsze istnieje szansa, że problemem jest wiązka elektryczna, a wtedy koszty naprawy liczymy w groszach).
   Pojechałem za siódmą górę i którąś tam rzekę. Gugle maps złapało czkawkę i doprowadziło mnie troszkę nie tam, gdzie chciałem. Głodny milionów, które były do zarobienia, nie poddawałem się i wytrwale szukałem.


A jak się szuka, to się znajdzie... Znalazłem więc...  swój własny wydech leżący w błocie. Czasem jak się szuka, można też zgubić. Zgubiłem więc... moc. Auto po zapaleniu niezbyt chciało się już wkręcać na obroty. O tym później.

   Dotarłem na miejsce przeznaczenia. Wady samochodu wymienione przez posiadacza... no wspomniałem o tym wspomaganiu.
Na miejscu oczom mym ukazała się prawdziwa "igła". I pewnie bym o tym nawet nie chciał pisać, ale ...

I

AIR BAG
(fajna miedź zespalająca)


II

MASKA
(trzyma linię)


III

BŁOTNIK
(trzyma linię)


IV

PROGI
(ta bulwa na pierwszym zdjęciu, to wspawana blacha z puszki po sardynkach)


V

Silnik
(nie da się zrobić zdjęcia nieżycia. Po odpaleniu uszom mym ukazał się łomot łańcuszka rozrządu, wybijającego dziurę w obudowie oraz brak oznak życia na jednym cylindrze, czyli nieżycie tegoż.)

Właściciel był zdziwiony, że zauważam takie drobnostki i podnoszę je do rangi problemu wykluczającego zakup Fabii. On tak jeździł całe lata i problemu nie widział. Jak jebnął, to zadrutował i jeździł dalej, jak zgniło, ugniótł fragment z puszki po paprykarzu, Gienek spawnął i grało, jak silnik dostał czkawki, to na wyższych obrotach go trzymał i jakoś darł do przodu...
Jak się więc łatwo domyślić - auta nie kupiłem i pełen smutku udałem się w drogę powrotną.

   Odnośnie utraty mocy w "marzeniu Polaka sprzed piętnastu lat" - po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów bez mocy (w początkowej fazie jazdy, po kilku kilometrach wracała, aż odeszła na zawsze) udało mi się rozwiązać problem. Samemu. bez udziału mechaników. Tak właściwie, to pomogło mi w tym doświadczenie sprzed dwudziestu lat. Otóż miałem kiedyś Golfa na gaźniku Pierburg 2E2 (czy jakoś tak). Jak się go naprawiało? Ktoś, kto miał do czynienia z tym gaźnikiem wie, że ma on w cholerę membran i wężyków podciśnieniowych. Coś się działo? Zaślepienie kolejnego wężyka śrubką rozwiązywało problem. Po jakimś czasie gaźnik ów wyglądał jak eksponat z Centrum Pompidou - korpus i pełno gumowych rurek zakończonych śrubkami. Funkcjonalność - bez zmian.
   Tym sposobem właśnie udało mi się przywrócić moc w ajm. Znalazłem jakiś siłownik, który nie trzymał podciśnienia, wypiąłem wężyk i wkręciłem śrubkę. Moc wróciła, a najwidoczniej ów siłownik nie był wcale potrzebny, bo auto jeździ bez niego jak wściekłe, rwąc asfalt swymi 115 końmi. Byle tak dalej do miliona km...

sobota, 12 września 2015

Mercedes W140 - 2300 kilogramów szczęścia

  Historia trochę zmyślona, trochę prawdziwa


Stan obecny. Nie mylić ze stanem sprzed roku ;-)
Biorąc pod uwagę, że prawie wszystkie wystawiane w PL na sprzedaż Mercedesy W140, niezależnie od tego czy kosztują 10 czy 60 tys. zł. to istne perełki, igiełki i inne akcesoria pasmanteryjne, postanowiłem "odiglić" przynajmniej jeden egzemplarz. Historyjka jest w jakimś stopniu prawdziwa, co najmniej od momentu zakupu przez X. A może cała?

   Właściciel nr 1 - Jurgen Rotschnitzel - posiadacz sieci restauracji w Niemczech. Zapłacił za auto kupę kasy, ale zapewne było go na nie stać. Chciał poruszać się czymś, co budzi powszechny respekt, a że do tego był patriotą, nie wchodziło w grę nic innego jak tylko Mercedes. Samochód był dla niego środkiem do przemieszczania się i niezbyt się nad nim rozczulał. Kiedy jego patriotyzm osłabł, nabył sobie Bentleya.

   Właściciel nr 2 - pochodzący z Gruzji, zarządzający siecią hamburskich domów publicznych Muchran Sramnagviazdę. Kupił, bo mu się marki nie mieściły w walizce. Większość kilometrów Muchran  nabił na odcinku praca - dom, czyli Reeperbahn - Schanzenviertel. Jeździł "esą" od listopada 1995 roku do marca 1997, kiedy to znaleziono go siedzącego na fotelu kierowcy z dość dużą dziurą w głowie. Żona szybko pozbyła się limuzyny, sprzedając ją za bezcen handlarzowi z kraju, który Kurdów nie lubi. Ten wysprzątał wnętrze z resztek głowy Gruzina i wystawił Mercedesa w swoim małym "Sklepie z Marzeniami".

   Właściciel nr 3 - Otto Normalverbraucher - jeździł gwiazdą do 2003 roku. Bardzo był z auta zadowolony, a jego radość sięgnęła zenitu, gdy pijany Rumun wjechał mu w tylny lewy błotnik, dopychając auto delikatnie do stojącej z przodu Vectry C . Otto już od jakiegoś czasu próbował sprzedać "esę". Do tamtego dnia bezskutecznie. Dalej historia jest bardzo typowa - samochód odkupiła firma ubezpieczeniowa, a od niej nabył go kumpel wspomnianego już kiedyś Kazka Szukaja - Jurek Cegła znany w środowisku bardziej jako "Przechuj", co dla niego szkoda całkowita nie istnieje. Polski przedsiębiorca powyciągał błotnik i co tam trzeba było, podrutował, uklepał, ulepił pomalował i sprzedał.

   Całkiem ładną furę kupił od niego gdański byznesmen, Janusz C, pseudonim "Machorka", działający w branży tytoniowej, a dokładnie zajmujący się (od niedawna) eksportem fajek tańszych niż 5 GBP. Słabo mu szło w biznesie - coś tam przechwycono, ktoś mu pogroził karalnie proponując przejażdżkę w bagażniku innej "esy" (tylko że z rocznika bieżącego). Z powodu licznych niepowodzeń zawodowych nie było szans na zakup wymarzonego Astona Martina, więc zamontował do "stocztedziestki" LPG (miał jeszcze trochę kasy, bo szarpnął się na wtryski Khein) i postanowił jeździć nią, aż j#bnie pompka od centralnego zamka.
   Zanim to się jednak stało, w Krakowie mu skrzynię uj#bało. Ot, taki rym się nawinął. A że nie miał kasy - samochód sprzedał na miejscu sprytnemu skupiarzowi (to nie byłem ja - ja nie jestem sprytny). Mercedesa, rzekomo w idealnym stanie (tylko ASB do naprawy), nabył nieświadomy właściciel nr 5 - marzyciel X, który zawsze śnił o W140. Po dwóch latach użytkowania chciałby jednak cofnąć czas i już nie śnić.   
   Naprawił skrzynię. Dwa razy! Pierwszy zakład okazał się być firmą widmo i skasował go 3 tys. zł. - za umycie skrzyni z zewnątrz. Po zamontowaniu okazało się, że nikt tej skrzyni nawet nie dotknął. Firma się zmyła, a przy okazji próby reklamacji wyszło, że pieczątka którą się posługiwali "mechanicy" należała do... zakładu fryzjerskiego. Następnym krokiem było zawiezienie skrzyni do Mysłowic i tam ją wyremontowano. Łączny koszt naprawy automatu (Vidal Sasoon - Wash&Disappear + Mysłowice) wyniósł około 8 tys. zł.
   Gdy można już było odetchnąć i poczuć się jak Sasza mknący stepami akermańskimi, pan X o mało nie skończył jak Dodi Al Fayed. Jak mu przy 200 km/h  pier#olnął łańcuch rozrządu, to aż silnik zgasł! Niemożliwe! To łańcuchy nie są wieczne?
   Łatwo się domyślić, że po tym "psikusie" M119 spod maski powędrował pod płot na wieczny spoczynek. Chciałem później ten silnik zabrać, ale X uparcie twierdził, że nie da - będzie stolik robił. Tak nawiasem mówiąc fajna sprawa taki mebel. "Kochanie zorganizuj pięciu sąsiadów, bo stoliczek trzeba pod ścianę przesunąć..."
   Szczęściarz kupił silnik z przebiegiem 50 tys. mil (nie podano mu tylko mnożnika), wymienił przy okazji kopułki, kable, świece, i trochę innego dziadostwa. Cała "przyjemność" kosztowała go wraz z wymianą około 10 tys. zł. Gość zrobił też wiązkę silnika, naprawił kupę innych rzeczy, powymieniał coś tam w zawieszeniu, nie sprawdził wyciągnięcia łańcucha, zepsuł klimę, zepsuł kupę innych rzeczy...
   Reasumując - Mercedes oraz zamiłowanie pana X do kontenerów z napisem "77777777" sprawiły, że kroki swe skierował do firmy " Pożyczki na dowód, bez zabezpieczeń, bez BIK, bez skrupułów". Wziął 8 tys. zł. na preferencyjnych warunkach w promocji dla posiadaczy V8. Po kilku miesiącach spłacił 10 tys. zł...  odsetek. Kapitał nadal odpowiadał jednak liczbie cylindrów.

   Teraz na scenę wchodzę ja - człowiek, który myślał że posiadanie i ogarnięcie Mercedesa W140 nie różni się zbyt mocno od posiadania i ogarniania choćby W124...  Ja - człowiek, który był w błędzie.

   Ten lepszy etap życia Mercedesa - w następnej części.


 
 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Jedyny taki! German Gleba Gwint Kult Kazik! Igła! Rezerwacja! Sprzedany, sprzedany, sprzedany!














Skoro taki sprzedany, to po co te pierdoły poniżej?

Do sprzedania z bólem serca moje oczko w głowie, które robiłem pod siebie!
 
Stan idealny, 1721% bezwypadkowy (co najwyżej jakieś małe obcierki o ścianę przy wpadaniu bokiem z przedpokoju do sypialni).


Auto ekonomiczne - pali tylko 0,002 mm podeszwy na 100m.


Właścicielka twierdzi, że to Reno Megan, ale mi się wydaje, że Tesla, bo nie słychać wypadania zapłonów.


Jak widać na zdjęciach, użytkownikiem auta była osoba świadoma obecności motocykli wszędzie. Znalazła jeden (za pralką), ale cały czas jest czujna.


Auto było regularnie zalewane olejem Motul (
oczywiście nadsyntetyk 1W2, przeznaczony do silników turbopedestrialnych), tak zachwalanym przez zakamuflowanych speców od marketingu na każdym forum internetowym, że aż zapewniającym spokój ducha użytkownikom. Każdy kto go wleje ma bezcenną świadomość, że właśnie zrobił dobry (najlepszy) uczynek dla swojego pojazdu, że właśnie przedłuża mu życie o bliżej nieokreśloną nieskończoność, że musi  o tym napisać na forum,  że spada spalanie, cichną hałasy, szumią knieje i takie tam.

W całym okresie użytkowania zdarzyła się jedna awaria. Pęknięte koło na powierzchni styku z podłożem powodowało niepokojące trzaski w czasie jazdy. Zdecydowana interwencja właścicielki sprawiła, że ocierające o siebie fragmenty plastiku zostały podcięte w ASO nożem serwisowym i problem zniknął. Jest to oczywiście udokumentowane paragonem z Lewiatana na japoński nóż do niczego za 0,5PLN.

Samochód cichy, zadbany, od fana marki, czysty, nic nie stuka, nic nie puka, klima do nabicia w butelkę, szyby w prądzie, fotele w plastiku, wlazł kotek na płotek, polecam.





poniedziałek, 25 maja 2015

Wiem, że się uda!

   Narzekamy na beznadziejną pracę, brzydką pogodę, grypę czy ból gardła. Płaczemy, bo auto na którą wydaliśmy ciężko zaoszczędzone pieniądze miało być wspaniałe, a okazało się standardową, spolszczoną kupą złomu. Jest nam źle i ciągle znajdujemy powody do niezadowolenia. Taka nasza cecha narodowa. Wiadomo - każdy ma swoje problemy i odbiera je z własnego punktu widzenia. Kiedy jednak słyszy się historię taką jak poniżej, rozumiemy że tak naprawdę wielu z nas nie ma ŻADNYCH problemów...

Przeczytajcie i pomóżcie.





Julka - lat 10
   Jeszcze pięć miesięcy temu wesoła, wysportowana, zawsze uśmiechnięta dziewczynka.

Choroba
   8 Stycznia 2015, na kilka dni przed dziesiątymi urodzinami - pierwszy atak padaczki. Po wielu badaniach diagnoza - zapalenie mózgu Rasmussena. Rzadka, nie do końca zbadana choroba powodująca stopniowy zanik kory mózgowej. U Julki zaatakowała lewą półkulę mózgu odpowiedzialną m.in. za mówienie, myślenie oraz ruchy prawej ręki i nogi.
   Dzisiaj, po pięciu miesiącach Julka nie chodzi, porusza się na wózku inwalidzkim, nie jest w stanie utrzymać nawet kredki w rękach, mówi z coraz większym trudem. Afazja (w uproszczeniu - zanik mowy na skutek uszkodzenia mózgu) i niedowład prawej strony ciała postępują w zastraszającym tempie. Julka ma nawet kilkaset ataków padaczki dziennie. Dziewczynka jest świadoma tego, co się z nią dzieje. Obecnie przebywa w domu i przechodzi rehabilitację. Jej 4-letni braciszek Michałek nie chce chodzić do przedszkola, ponieważ boi się, że kiedy wróci do domu, siostry już nie zastanie.

Szanse
   Wyleczyć choroby się nie da. Rodzice szukali i szukają pomocy wszędzie. Jedyną szansą dla dziecka jest usuniecie jednej z półkul mózgu, tej zaatakowanej przez chorobę. Jest nadzieja, że to pozwoli jej przeżyć i w miarę normalnie żyć. Polscy neurochirurdzy podchodzą do tego bardzo sceptycznie i nikt z nich nie chce podjąć się wykonania operacji. Każą czekać, aż stan dziecka pogorszy się do tego stopnia, że resekcja nie wyrządzi jej już żadnej szkody. Tyle, że wtedy będzie za późno...
   Lekarze z Wielkiej Brytanii i Niemiec widzą jednak szanse w szybkim zabiegu - wykonywali już takie operacje i znają mnóstwo dzieci, które żyją i funkcjonują mimo tak drastycznego kroku jakim jest usunięcie półkuli mózgowej. Nie ma pewności, że się uda, ale jeśli jest choć iskierka nadziei - trzeba walczyć.

Leczenie dziewczynki może kosztować nawet milion złotych! Czasu jest bardzo niewiele, bo choroba postępuje w zastraszającym tempie! 

Proszę każdego, kto tylko przeczyta tekst o wpłatę na podane poniżej konto Caritasu (z dopiskiem Julia Kołodziej), proszę o udostępnianie informacji na fejsbukach i innych portalach. Musi się udać, nim będzie za późno. Pamiętajmy, że to co zrobimy w życiu dobrego, kiedyś do nas wróci.


Zbiórka pieniędzy na ratowanie Julki
Zbiórkę pieniędzy na leczenie Julki prowadzi CARITAS Archidiecezji Krakowskiej (ul. Michała Ossowskiego 5, 30-656 Kraków). 
Wpłaty można kierować na rachunek nr 58 8589 0006 0000 0011 1197 0001. Dopisek: Julia Kołodziej. 
Poniżej link do artykułu z Dziennika Polskiego

Za każdą przekazaną złotówkę - w imieniu Julki i jej rodziny dziękuję.


niedziela, 26 kwietnia 2015

Przebieg kwitnącej wiśni

Witam wszystkich wytrwałych!  (今日は)

Tak, żyję ;-)




   Chciałem pisać o czymś innym, ale w związku z tym, że ostatnio miałem przyjemność pooglądać i przejechać się autami sprowadzonymi z kraju sushi i skażenia radioaktywnego, naszły mnie pewne przemyślenia. Streszczę je tak:  masz dużo piniondzów - kup jangtajmera z Honsiu, opraw w ramkę certyfikat i zostań koneserem.
   Co rzuca się w oczy przeglądając oferty aut sprowadzonych/do sprowadzenia*(niepotrzebne skreślić) z Japan? Mowa tu oczywiście o jangtajmerach i innych ciekawych LHD. No rzuca się na siatkówkę znikoma ilość cyferek w przebiegu. Znikoma oznacza dla dwudziestopięcioletniego auta maksimum 90 - 120 tysięcy kilometrów, ale bywa i 40. Wszystko oczywiście jest potwierdzone odpowiednimi CERTYFIKATAMI. Tak, lubimy certyfikaty. Mam firmę, jestem skończonym złamasem, ale milion certyfikatów rzetelności sobie kupię i klienci patrzą na mnie jak na świętego.
   Miałem o tym pisać dawno temu, ale jakoś zapomniałem o tej rzeszy szczęśliwców, którzy za kilkadziesiąt tysięcy złotych nabywają cudeńka pachnące kontenerem i solą morską. Dzisiaj natomiast obejrzałem pięknego W124 coupe z przebiegiem 70 tysięcy japońskich kilometrów i postanowiłem wystukać parę zdań.
   Nie twierdzę, że w każdym przypadku liczniki są cofane. Japończycy są mali, to może i mało jeżdżą, dużo pracują, więc pewnie nie mają czasu nabijać kilometrów w swoich Mercedesach z patykiem w zderzaku. Ale mimo wszystko...

   Żyjemy w kraju oszustów, gdzie każdy każdego chce wy#ebać jeśli to tylko możliwe. To już wiemy. W wyborach głosujemy na tych, którzy wmówią nam najlepiej, że to właśnie oni, a nie inni powinni nas okradać przez kolejnych kilka lat. Jeśli kupimy jogurt jabłkowy (oryginał) w dyskoncie z uśmiechniętym szkodnikiem w logo, to ma on mniej jabłek niż też sam jogurt kupiony w sklepiku u pani Heni (chyba że pani Henia sama kupiła go w dyskoncie, bo było taniej niż w upadającej hurtowni - wtedy też mamy mniej jabłek, tylko drożej kosztuje). Przykłady można by mnożyć. Ja chciałem napisać kilka słów o tym, co od dłuższego czasu jest popularne i modne. Mam na myśli kupno starego samochodu sprowadzonego z Japonii, auta niemal bez przebiegu ale za to z oryginalnym certyfikatem potwierdzającym co tam chcemy.
   Jakiś czas temu zachwycony znajomy pokazywał mi swój nowy nabytek - W140 CL 600. Gość był niezwykle dumny z tego, że udało mu się trafić świeżo sprawdzone auto z przebiegiem dużo poniżej 100 tys.km. Obejrzałem. Samochód faktycznie ładny, ale licznik widział te kilometry raczej jakieś 10 lat temu. Kiedy powiedziałem co myślę, oburzony "koneser" zaczął mi wymachiwać papierkami, których za cholerę nie umiałem przeczytać. Z nich podobno wynikało, że jestem w błędzie.
   Jak zapewne niektórzy wiedzą z fejsbuka - też kupiłem sobie kiedyś W140. W kraju. Japonii mój Mercedes nie widział. Też mam już do niego certyfikat więc jak ktoś chce zrobić deal życia - zachęcam do kupna. Sąsiad się w życiu nie kapnie, że ściema. Co prawda mój certyfikat powstał w jakieś siedem minut (w pośpiechu zrobiłem nawet błąd w VINie) i nie jest to certyfikat eksportowy. Na zrobienie eksportowego szkoda mi już było czasu, ale w razie potrzeby to nie problem.


Czarno na białym - okazja!

   Stworzyłem też jakiś inny papierek potwierdzający przebieg - powstał ze znalezionego w sieci fragmentu instrukcji obsługi wzmacniacza gitarowego (w wersji językowej skośnej). Pieczątka jakiegoś biura podróży z Tokio oczywiście uwiarygodnia zapisy. Nie ważne, że taki papierek nie istnieje. U nas im jest ich więcej oraz im więcej na nich pieczątek - tym lepiej.


   Te magiczne dokumenty podniosły wartość mojej kupy żelastwa co najmniej o sto procent, bo przecież każdy rodak zna język japoński i przetłumaczy sobie z marszu te szlaczki. Dociekliwy zapewne będzie kontaktował się z japońskim Ministerstwem do Spraw Okazji Eksportowych.
Ogólnie rzecz ujmując - z całą pewnością przekręt wyjdzie na jaw. Przekręt? Jaki przekręt? Miałem na myśli, że prawda zostanie potwierdzona.


Udokumentowany przebieg 46909 km w momencie sprowadzenia. Wartość kolekcjonerska.


Dlaczego w przypadku eksportu aut z Japonii wietrzę spisek? Oglądałem kilka sztuk, będących już w posiadaniu szczęśliwych właścicieli. Każdy samochód miał jako załącznik papierki z wzorkami, z których poza VINem i przebiegiem gówno wynikało.

   Teraz dwa słowa o wspomnianym na początku W124 coupe, aucie któremu zegar zatrzymał się na siedemdziesiątce. Patrząc na mojego W124, (a mam tam na liczniku jakieś 290 tys. km. i zakładam, że nie jest to pierwsze 290 tys.) muszę przyznać, że egzemplarz którego ja mam zaszczyt "wrastać w ziemię" w garażu, powinien mieć przebieg minusowy. Bo mój w porównaniu do oglądanego dzisiaj, jest prawie jak nowy. A Japonii nie widział...
Ale dumni kolekcjonerzy są szczęśliwi. A przecież o to chodzi, by klient był zadowolony.



To nie z Japonii. To moja wersja niecertyfikowana, czyli gniot bez wartości kolekcjonerskiej.


   Wprowadzam nową usługę - sporządzanie certyfikatów z Japonii, Chin, Korei i pozostałych krajów, w których używa się niezrozumiałych literek. Wszystko będzie szło z jednego szablonu, ale zapewniam, że poświęcę na to tyle czasu, by oryginalność dokumentów była niepodważalna.

Mogę zrobić dokumenty nawet na Poloneza Trucka! Polak we wszystko uwierzy, byle wyczuł okazję. Łyknie nawet tekst, że Tigrą babcia jeździła. Serio, tak było ;-)

P.S. Niektóre auta z Japonii są naprawdę ładne. Takie też widziałem.


さようなら